kwi 01 2008

2000.05 Bałtyk – s/y MONSUN czyli mój pierwszy raz

Published by skipper at 10:09 pm under Rejsy

Dzień 1:
Po ciężkiej nocy w pociągu znajdujemy się o godzinie 06.50 w marinie portu Gdynia. Wokół nas wspaniałe jachty. Gdzieś wśród nich znajduje się nasz s/y MONSUN (10,5 metrowy slup). Jacht ten jest 6 osobowy, a materiałem konstrukcyjnym jest drewno. Zaczyna świecić ostre słońce, stan zachmurzenia 0. Bosman po kilku godzinach przekazuje nam jacht. Trochę było przy tym problemu, ale z biegiem czasu otrzymujemy sprawny jacht. Dla większości z nas jest to pierwszy rejs morski, stąd też wszystko co związane z jachtem jest dla nas nowością, ciekawostką. Po godzinie 16.00 wypływamy z portu w Gdyni. Bierzemy kurs na Gdańsk. Wieje słabo jak na morze, lecz delikatnie zaczynamy odczuwać huśtanie. Nasz kapitan troszkę pogonił nas po pokładzie. Po pewnym czasie wchodzimy w gdański farwater, mijamy główki portu. Oddajemy salut pomnikowi na Westerplatte. Cumujemy w marinie Gdańsk Po wskazanej kąpieli udajemy się na umówione spotkanie do Klubu Morza (Zejman). Wcześniej jednak konsumujemy pizze. Klub jest iście zakonspirowany. Wejście tylko dla uprawnionych, krewnych i znajomych. Należy nacisnąć dzwonek i czekać na odzew przez domofon. Ma to niesamowitą zaletę. Grono jest ograniczone, w zasadzie tylko żeglarze. Klimat wspaniały, ciekawi ludzie. Muzyka na żywo, dużo grających. Mamy możliwość zobaczyć fragment burty XVIII wiecznego żaglowca – węglowca. Wpisaliśmy się do księgi gości, wypiliśmy piwo i z humorem wracaliśmy na jacht. Położyliśmy się spać, lecz jednak przed snem rozpoczęliśmy czytanie komiksów (KRON). Trochę poczytaliśmy i poszliśmy spać.

Dzień 2:
Wstaliśmy jak zwykle o godzinie 10.00. Po zrobieniu klaru osobistego, jak pokładowego rzuciliśmy cumy i ruszyliśmy Motławą. W kanale zrobiliśmy śniadanie. Po wyjściu z farwateru obraliśmy kurs na Sopot. Wiatru prawie nic. Zobaczyliśmy na naszym odlotowym telebimie wieczorne nagranie. Była kupa śmiechu. Przy tak słabym wietrze do Sopotu dotarliśmy w kilka godzin. Stajemy przy molo pełnym rozbawionych ludzi, skąpo odzianych kobiet i niedzielnych turystów. Wspaniałe słońce sprzyja spacerom, lecz my na polecenie kapitana skorzystaliśmy z 1 godziny przerwy, udając się do czytelni gdzie… Następnie zrobiliśmy niezbędne zakupy m.in. chleb, lektury. Sprawnie odeszliśmy od mola i udaliśmy się w kierunku Helu. W końcu słabo powiało. Przygotowaniem posiłku zajmuje się I wachta (Marian i Daniel). Ryż bez soli (wina II oficera) i mięsko. Zrobiło się ciemno. Szukamy pławy HL-S Q(6) L.Fl 15s. Znajdujemy i spokojnie wg locji wpływamy do Helu. Po zrobieniu klaru udajemy się na nocny spacer po uroczym o tej porze roku miasteczku. Szukamy wolnej knajpki i siadamy przy piwku. Po skończonej konsumpcji wracamy na jacht.

Dzień 3:
Zaczyna wiać prognoza pogody podaje ostrzeżenie o silnym wietrze okresami 7B, co się później okazało prawdą. Zrefowaliśmy grota jeszcze przed wyjściem z portu, co było słusznym posunięciem. Zaczęło wiać i huśtać. Początkowo załoga była twarda, lecz z biegiem czasu odwiedzaliśmy zawietrzną burtę. Pierwszy był Maciek, potem Tomek, a dalej to hurtem. Do końca twardy pozostał Jacek (nic nie puścił) i kapcio (1 kontrolny i to na siłę). Płynęliśmy cały czas jednym halsem. Wiało niesamowicie, kołysaliśmy się między falami. Góra -> dół -> góra -> dół ……. Najgorzej przeżywali dzisiejsze pływanie Maciek i Daniel. Siedzieli wpięci szelkami na zawietrznej (ławce rezerwowych lub komentatorów :-) ). i częstowali Neptuna. Oj straszno było. Przy samych główkach Władysławowa natknęliśmy się na niebezpieczny 2,5 metrowy przybój (zaniżyłem z 12). Sprawnie weszliśmy do portu i stanęliśmy wśród kutrów. Z jednego otrzymaliśmy 7 kg dorsza, którego to następnego dnia powinniśmy zdegustować. Z sąsiedniego jachtu dostaliśmy kilka piw i zapalniczkę za pomoc w cumowaniu. Ofiary (załoga, bo kapitan był w porządku) zacumowali gorzej niż na Mazurach po czym poszli się upić. W pewnym momencie prawie odpłynęli swobodnie od brzegu. Ale dzięki sprawności naszej załogi i obecności ich kapitana (tylko) uniknęli kłopotów. Havelek znalazł się również w humorystycznej sytuacji. Po obiado-kolacji mył w kokpicie gary, gdy nagle dwóch turystów pyta się: „czy można by tak kamerką…”, a Havel na to: „co to ja w zoo jestem?”. Po kolacji i wypatroszeniu dorszy poszliśmy na obchód Władysławowa. Tam zasiadamy w knajpie i popijamy piwko (bardzo dobre).

Dzień 4:
Po wczesnej pobudce poszliśmy zobaczyć główki portu we Władysławowie. Okazało się, że fala przybojowa trochę się zmniejszyła. Przed śniadaniem Marian z Havelkiem udali się na zakupy. Po szybkim śniadaniu spokojnie bez większych problemów wyszliśmy z portu. Fala była duża co z kolei odbiło się na części załogi. Rada Nadzorcza (Havelek i Maciek) zamiennie odwiedzali Neptuna. Męczyli się chyba z 8 godzin. I w ten sposób „bezproblemowo” dotarliśmy z powrotem do Helu. Należy dodać, że dzisiaj potraktowano nas jako statek rybacki (chciano od nas kupić świeże ryby) oraz jako statek wycieczkowy. Po zacumowaniu Marian z kapitanem spreparowali 7 kg dorsza, z czego po przejedzeniu ok. 2/3 resztę oddaliśmy załodze sąsiedniego jachtu. W zamian dostaliśmy 4 słoiki fasoli po bretońsku i słoik papryki konserwowej. Po wspaniałej kolacji udaliśmy się do Kapitana Morgana na piwo. Generalnie załoga była zmęczona. Odczuwaliśmy całodzienne: wiatr, słońce, fale, chłód. Koniec na dziś.

Dzień 5:
Wstaliśmy przed czasem na wskutek nagłego i głośnego otwarcia forklapy przez Havelka. Zjedliśmy przegotowane przez Daniela śniadanie złożone ze smażonego boczku przywiezionego przez Jacka. Nie ma to jak swojski boczek. Po śniadaniu i zrobieniu klaru wypływamy i obieramy kurs na Górki Zachodnie. Wiatr na Zatoce osłabł do 3B, stan morza 1-2, pogoda wspaniała. Bez problemów weszliśmy do Górek, wypiliśmy po 1 piwie, zjedliśmy zdobyczną fasolkę i wypłynęliśmy. Kurs na Jastarnię. Był to chyba najdłuższy hals dla większości z załogi 20Mm. Tylko wachta pracowała, a 4 persony poszły spać. Widać, że załoga się wyrabia. Po zmierzchu weszliśmy do Jastarni (na żaglach). Bardzo ładny port. Obok nas stoi Generał Zaruski. Spotkała nas miła niespodzianka. Były dostępne prysznice z gorącą wodą (18 PLN za 6 osób po pół godziny każda). Załoga czysta i pachnąca udała się do pobliskiej tawerny gdzie podają lane piwo z kija. Dzień uważamy za udany: słońce, brak posiłków dla Neptuna, prysznic, piwo. Należy dodać, że kapitan pierwszy raz pozwolił wejść do portu III oficerowi na żaglach.

Dzień 6:
Obudziliśmy się wcześnie. Pogoda była wspaniała. Niestety pobliska jadłodajnia (tawerna) była zamknięta, co zmusiło II wachtę do robienia koryta we własnym zakresie. Zatankowaliśmy paliwo i wyruszyliśmy w dalszą podróż po Zatoce. Między sieciami i przez Głębinkę dotarliśmy do Pucka. „Rada Nadzorcza” miała wolne. W Pucku wypiliśmy piwo korzenne. Doskonałe. Zakupiliśmy „ciepłe psy” i z tak podrażnionym żołądkiem udaliśmy się na jacht. Wiatr się wzmógł. Ruszamy półwiatrem w kierunku Gdańska. Wszyscy poza wachtą i kapitanem poszli spać. Daniel przebudził, jak usłyszał o jedzeniu, stwierdziwszy że nic nie przygotowano, udał się do toalety (na wys. want) i poszedł spać. Havelek jako cook wachtowy spreparował podsmażany chleb z czosnkiem, bo brakło sera. Załoga najedzona i zadowolona. Powoli zapadł zmierzch. Zrzucenie grota przed Gdańskiem było iście książkowe. Wiało konkretnie, fala duża, część załogi spała. Szkoda, że tego nie widzieli. Na samej gieni robiliśmy z wiatrem 6 węzłów. Nocne wejście do Gdańska, wśród ferii świateł było super. Cumujemy po 24.00, robimy klar i udajemy się na stare miasto. Siadamy w knajpce, jednej z nielicznych, które są o tej porze czynne. Piwo po 6,50 PLN. Horror.

Dzień 7:
Wstaliśmy wyjątkowo późno. Skorzystaliśmy z usług WC. Udaliśmy się po niezbędne zakupy na wieczór kapitański. Korzystając z okazji zjedliśmy mazurskie śniadanie na mieście. Zakupiliśmy zgrzewkę Heveliusa, bo za 6 puszek był 1 kufel. Spokojnie, żegnani przez tysiące mieszkańców i turystów (w tym 70% Helmutów), opuszczamy Gdańsk. Płynąc kanałem portowym zjedliśmy bardzo syty posiłek, który wystarczył nam prawie do końca dnia. Wypłynęliśmy w kierunku Gdyni. To już ostatnie nasze pływanie w tym rejsie. Wiatr nam nie sprzyja pod względem żeglarskim (0-1B), lecz sprzyja atmosferze na jachcie. Kapitan mimo wszelkich podchodów i zaczepek nie zgadza się na uruchomienie silnika. No ale wreszcie docieramy do portu i robimy klar. Kadra przygotowuje kolację kapitańską. Cała załoga zbiera się w mesie, kapitan dziękuje za udany rejs. Nikt nie ma zastrzeżeń, nikt nikomu nic nie wypomina. Zaczyna się wspominanie rejsu, planowanie następnych i w ogóle część artystyczno-kulturalna.

Dzień 8:
Niestety oddajemy jacht. Bosman YK Stal nie robi żadnych problemów. Klub warty polecenia. Może trochę drogi, ale jachty są w dobrym stanie. Widać, że ktoś o nie dba, czego nie można powiedzieć o innych klubach. Rozstajemy się z morzem, jachtem i wracamy z miłymi wspomnieniami. Korzystając z wolnego czasu zwiedzamy Gdynię, jemy obiadek w restauracji. O 20.28 mamy pociąg, którym wracamy do domu, aby tam znów pływać na mydelniczkach (czyt. omegach).


Kilka zdjęć:


Informacje o rejsie:
Termin: 29.04-06.05.2000.
Jacht: s/y Monsun (YK Stal – Gdynia)
Akwen: Zatoka Gdańska i Morze Bałtyckie
Trasa: Gdynia – Gdańsk – Sopot – Hel – Władysławowo – Hel – Górki Zachodnie – Jastarnia – Puck – Gdańsk – Gdynia
Przepłynęliśmy: 192,5 Mm w ciągu 59 godz

Załoga:
Sebastian R. – skipper
Marian K. – I oficer
Tomasz H. – II oficer
Jacek S. – III oficer
Maciej R. – załoga
Daniel P. – załoga

No responses yet

Leave a Reply