kwi 02 2008
2000.07 Bałtyk s/y Jaster czyli na złomie też można pływać
Pierwszego dnia w Jastarni przywitała nas bardzo brzydka pogoda. Przejęliśmy jacht, zrobiliśmy zakupy i oczekując na ostatniego załoganta popijaliśmy piwo (oczywiście bezalkoholowe) w tawernie portowej. Mając kamerę nie omieszkaliśmy nakręcić reklamy Żywca (piwa bezalkoholowego) w knajpce nad morzem.
Drugiego dnia, po męczącym dniu poprzednim wyszliśmy na Zatokę. Kierunek HEL. Załoga oswaja się z kołysaniem (jeszcze małym), sterowaniem na fali. Już dostrzegamy pewne niedociągnięcia w przgotowaniu jachtu przez armatora. Na Helu oglądamy sobie finał EURO 2000.
Wstajemy bardzo wcześnie bo o 09.00 rano. Przekładamy flaglinkę spod lewego salingu pod prawy. Zamawiamy odprawę graniczną na 12.00. Ta znów odbywa się bez zadnych problemów. Wypływamy z Helu. Kilka godzin po wypłynięciu mamy już prezesa, ale nie napisze kto nim byl bo mnie zabiją. Pod wieczór wiatr cichnie.
Czwarty dzień to tylko żegluga. Bez przygód i awarii. Atrakcją było pływanie na spinakerze. Fajna jazda
. W nocy mijamy żaglowiec płynący zapewne na zlot do Gdańska. Super wyszło ujęcie na kamerze z noktowizorem.
Rano piątego dnia dopływamy na Christianso. Wiatru prawie wcale, tylko martwa fala. W kilka godzin zwiedzamy obie wyspy. W południe decydujemy sie na krótki przelot na Bornholm. Wybieramy Hasle jako port docelowy. Pogoda sie psuje. Cała wyspa we mgle, wiatru nadal brak więc płyniemy na silniku. Do Hasle wpływamy wieczorem.
Szósty dzień. Trochę zaspaliśmy i w wypożyczalni nie było już rowerów. Decydujemy się na pieszą wycieczkę wzdłuż wybrzeża do Ronne. Jest to największe miasto na wyspie, ma około 15000 mieszkańców. Zwiedzamy port, który wydaje nam się gorszy niż w Hasle. W pizzerii zjadamy obiadek
(obiadek, bo pizza miala ok 80 cm średnicy). Wieczorem również piechotą wracamy na jacht.
Tym razem wstajemy wcześnie rano i obieramy kierunek na wypożyczalnię rowerów. Kosztują 55 DKK na dobę (1 DKK to około 0,5 PLN). Jedziemy na północ zobaczyć zamek Hammerhus. Męcząca ta jazda, w górę, w dół, w górę, w dół itd. Nachylenie podjazdów 12 do 15%. W końcu osiągamy cel. Trochę zmęczeni zwiedzamy potężne ruiny zamku. Dalej jedziemy do Allinge, tam regenerujemy siły w knajpie koło portu. Następnym miastem będzie Tejn. To już wschodnie wybrzeże Bornholmu. Dojeżdzamy do Ro, gdzie nam się przypomina, że po drodze mieliśmy zobaczyć wodospad. Wracamy. Po błotnistej, leśnej drodze docieramy do wodospadu. W przewodniku pisze, że jest 3 co do wielkości w Danii, a to takie małe coś. Mogło mieć ok 12 metrów wysokości. Wracając drugi raz odwiedzamy Ro. Za miastem trafiamy na piękną scieżkę rowerową prowadzącą w poprzek wyspy. Po drodze mijamy jeszcze miejscowość Klemensker i nareszcie dojeżdżamy do Hasle. Zwiedziliśmy na rowerach całą północną część wyspy. Wieczorem zaczęło się w Hasle Święto Śledzia. Wszcyscy mieszkańcy zebrali się w porci, koło którego rozstawiono specjalnie wesołe miasteczko. Wieczorem (bardzo późnym) kolacja i w kimono.
Siódmego dnia w południe wypływamy. Wiatr W6-7 ale słonecznie. Tuż za główkami portu, morze zbeira żniwo. Mamy v-ce prezesa. Gdyby nie halsówka bylibyśmy w Sassnitz w 9 godzin. Przez całą noc widzimy światła tego miasta. Wchodzimy rano na mapie 1:500 000. Obejmuje ona Bałtyk od Rugii (Niemcy) po jego wschodnie wybrzeże. W mieście nic ciekawego. Po południu wypływamy w kierunku Świnoujścia. Waitr odkręca na południe i znów mamy w mordę. Całą noc sie kolebiemy wzdłuż morskiej granicy polsko-niemieckiej.
Do portu wpływamy ok 06.00. W jachtowym pryszniców nie ma, toalety po drugiej stronie ulicy w obskurnej tawernie. W porównaniu z zachodnimi portami jest to syf, kiła i mogiła. Trzeba stąd uciekać. Wypływamy pod wieczór. Kierunek wschód. Prognozy mówią o wietrze do 8 stopni Beauforta.
Dziewiątego dnia budzę się na wysokości Darłowa. Słonecznie było tylko do południa. Potem pogoda zaczęła się psuć. Wiatr zaczyna tężeć, by około północy… stała sią zupełna cisza. Na morzu tafla.
Godz 04.00 zmaina wachty. Z nieba się leje, widoczność niezbyt dobra. Godz 04.30 wiatr 7-8 Beauforta, deszcz pada, ale poziomo. Nasz Carter z wiatrem osiąga zawrotne prędkości powyżej 7,5 węzła (w/g dwóch GPS’ów). Po południu wpływamy do Gdańska. Marina wybudowana w 1997 roku jest nadal w dobrym stanie. Różnica pomiędzy Gdańskiem i Świnoujściem to niebo, a ziemia. Port jachtowy w Gdańsku spełnia wymogi europejskie
. Wieczorem do kina na „60 sekund” i do „Zejmana”
Zauroczeni Gdańskiem postanawiamy zostać tu całą dobę. Zwiedzamy stare miasto by wieczorkiem wstąpić do „Zejmana” Super miejsce, i całe szczęscie zamknięte dla obcych ludzi. Wchodzi się tam za okazaniem karty klubowej, bądź na zaproszenie Szefa Klubu. Wracamy na jacht około godz 03.00, a przynajmniej dwóch najwytrwalszych.
Trzynasty dzień. W południe wypływamu już do Jastarni. Port macierzysty osiągamy ok 18.00. Po sklarowaniu jachtu, zaczynamy przygotowania do wieczorka kapitańskiego, który kończymy nad ranem.
W sobotę zdajemy jacht armatorowi. Spisujemy całą listę usterek (uzbierało się tego ponad stronę A4 zapisaną kratka pod kratką). W sumie rejs uważamy za udany. Braki i ustreki na jachcie rekompensowała atmosfera panująca wśród załogi.
Jacht: Carter 30
Nazwa: Jaster
Termin: 01.07-15.07.2000
Trasa: Jastarnia – Hel – Christianso – Hasle – Sassnitz – Świnoujście – Gdańsk – Jastarnia
Przepłynęliśmy: 696 Mm w 161 h
Załoga:
Sebastian R. - skipper
Dariusz F. - I oficer
Tomasz D. - II oficer
Bartosz B. - III oficer
Piotr N. - załoga
Bartłomiej S. - załoga
No responses yet